Informacje branżowe

2014-01-12 19:01:51

Licencje i licencyjki

          Z dniem 1 stycznia 2014 r. w życie weszły postanowienia ustawy o deregulacji niektórych zawodów, w tym zawodu zarządcy nieruchomości. Innymi słowy, przestały obowiązywać licencje zawodowe. Co to oznacza? Otóż zarządzać nieruchomościami może obecnie każdy. Czy to jakaś zmiana? Niektórzy twierdzą, że tak, ja należę do tych, którzy twierdzą, że nie. Mimo, że obowiązywały licencje to i tak w tym zawodzie mógł pracować każdy, wykonując czynności zarządzania pod nadzorem osoby posiadającej licencję. Tyle, że zwyczajowo nazywany był wtedy administratorem, a jego zarobki były relatywnie niższe niż osób tę licencję posiadających.

          Niedawno, w otrzymanym spamie, przeczytałem ogłoszenie o konferencji, na której omawiany będzie „problem deregulacji”. Bawi mnie szum wokół niej, bo wg mnie zniesienie licencji jest problemem jedynie dla tych, dla których jej posiadanie było jedynym atutem oraz tych, którzy potrafili na ich przyznawaniu zarabiać. Sam posiadam państwową licencję i tak, jak nigdy nie byłem zwolennikiem Pana Gowina, to ten akurat jego pomysł popieram. Licencje wcale bowiem nie gwarantowały „fachowości” i nie oznaczały, że osoba, która ją posiada rzeczywiście ma pojęcie o zarządzaniu.  Podobnie, jak jej brak nie oznaczał, że jest przeciwnie. Znam osoby, które były i są dobrymi zarządcami nie mając licencji, jak również zarządców z licencją, którzy nigdy nie powinni jej otrzymać.

          Jestem gorącym zwolennikiem wolnego rynku i przeciwnikiem ograniczania dostępu do zawodu zarządcy. Nic lepiej nie zweryfikuje, kto jest zarządcą dobrym niż rynek i klienci. Krzyk o psuciu rynku, obniżaniu jakości, standardów itd. służy tylko i wyłącznie wspieraniu tezy, że licencje są konieczne. Mają w to wierzyć klienci i adepci tego zawodu. Deregulacja pozbawiła części przychodów środowiskowe towarzystwa wzajemnej adoracji organizujące kursy i szkolenia oraz całkiem pokaźne grono osób, decydujących na podstawie w pocie czoła sporządzanych planów zarządzania, o tym, komu licencję przyznać, a komu nie.

          Życie jednak nie znosi próżni i zarobkowy potencjał wymyślił już nowy produkt; w miejsce niedawnych państwowych licencji pojawiły się branżowe „licencje”, przyznawane przez różnego rodzaju federacje, stowarzyszenia, etc. Innymi słowy, będziemy mieli licencje Zarządcy Nieruchomości Rycerzy Okrągłego Stołu, licencje Zarządcy Nieruchomości Cioci Zosi dla dziewczynek i licencje Zarządcy Nieruchomości Mistrza Ciętej Riposty Wujka Staszka dla chłopców. Osobom posiadającym licencje państwowe proponuje się ich otrzymanie „z marszu” za zwrot kosztów sporządzenia świadectw, które dla podkreślenia wagi „nowych” licencji są obowiązkowo większe od świadectw licencji państwowych, bo przynajmniej w formacie A3. Próbując zrobić licencyjną wodę z mózgu Klientom środowiska te będą nie tylko przekonywać wszystkich o konieczności „licencjonowania” tej profesji, ale w konsekwencji toczyć wojnę między sobą, która licencja jest lepsza czy ważniejsza. A zarządcy, którzy temu ulegną, popadną w obłęd gromadzenia wszystkich licencji i zamieszczania ich na ścianach swoich biur, najlepiej w złoconych ramach, żeby, nie daj Boże, nie pozostały niezauważone.

          Apeluję do Klientów i zarządców, aby nie pozwolili się zmanipulować temu marketingowemu bełkotowi i zapomnieli o licencjach w ogóle. A jeżeli już, to proszę pamiętać, że jedynymi prawdziwymi licencjami były licencje państwowe. Wszystkie inne to … licencyjki.

Sławomir Pinkowski

  • Robert - November 26, 2014, 10:24 pm
    Witam Panie Sławomirze


    Odnosząc się do Pana komentarza w kwestii "licencyj i dyplomów", pragnę przypomnieć, że na rynku administratorów działają trochę inne zasady niż te o których Pan pisze:

    [...] Mimo, że obowiązywały licencje to i tak w tym zawodzie mógł pracować każdy, wykonując czynności zarządzania pod nadzorem osoby posiadającej licencję. [...]

    W małych firmach tak to działa, w dużych firmach zarządcą jest (najczęściej) właściciel (prokurent) lub zwyczajny słup.



    [...] Tyle, że zwyczajowo nazywany był wtedy administratorem, a jego zarobki były relatywnie niższe niż osób tę licencję posiadających.[...]


    W kilku przypadkach z którymi sią spotkałem, firma administrująca była zarządcą w umowie), chociaż pełniła rolę zwykłego admisnitratora.

    Co do zarobków. Jak jest niedobór, to zarobki rosną. Jak jest nadmiar, zarobki spadają. W branży administratorów (bo zarządcą jest właściciel nieruchomości) cena zależy od dobrego PR (prezencji, oczarowania klienta i zwyczajnego ściemniania). Prostym przykłądem jest wycenianie usług według powierzchni, a nie według zapotrzebowania. W rzeczywistości w stolicy przy poszukiwaniu pracy otrzymuje się małą nieruchomość (i małe pieniądze), ale za to dużo pracy (głownie w remontach i inwestycjach). Szczęściem jest trafienie w nieruchomość dużą (duży przychód dla firmy) i ustabilizowaną (bez wojen, roszczeń, niedouczonych właścicieli i zarządu posiadającego wszystkie rozumy świata). Przy zatrudnianiu się do firmy administrującej w stolicy licencja nie jest żadnym wyznacznikiem zarobków. Zarobki zależą od ilości chętnych na dane stanowisko pracy.

Add a comment

Title:
Your Name(*):
Email:
Reply Notify:
Website:
Comment(*):
Code in the picture: This is a captcha-picture. It is used to prevent mass-access by robots. (see: www.captcha.net)